Rozmowa z Igą Klóskowską, Specjalistką ds. personalnych w JOST Polska
Benefit żywieniowy miał być odpowiedzią na potrzeby pracowników. Dziś - po prawie trzech latach - w JOST Polska korzysta z niego około 90% zespołu, a miesięcznie składanych jest blisko 5 tysięcy zamówień. Ale za tymi liczbami kryje się coś więcej niż tylko wygoda. Wspólne lunche, „system poleceń” między pracownikami, oszczędność czasu po pracy i poczucie, że nawet praktykant nie zostaje sam z kanapką z domu. O tym, jak benefit żywieniowy realnie wpływa na codzienność firmy produkcyjnej i dlaczego wdrożenie okazało się prostsze, niż wszyscy zakładali, rozmawiamy z Igą Klóskowska, Specjalistką ds. personalnych w JOST Polska.
Iga Klóskowska: Chyba przede wszystkim elastyczność. To, że ja sama decyduję, co wybieram, kiedy wybieram i od kogo zamawiam. Jednego dnia mam ochotę na pełny obiad, innego na zupę albo tylko na kanapkę. A czasami po prostu nie mam ochoty na nic i też jest okej.
I to jest duża różnica względem klasycznych rozwiązań stołówkowych. Nie mam sytuacji, że schodzę do kantyny i do wyboru są trzy dania typu: bigos, grochówka albo jajecznica. Tutaj mam wybór i wpływ na to, co jem.
Ale jest jeszcze drugi aspekt, o którym chyba mówi się trochę za rzadko - oszczędność czasu. Dla przykładu mój kolega zamawia obiady nie tylko dla siebie, ale i dla żony. Wraca do domu i temat gotowania jest już zamknięty. Nie trzeba robić zakupów, stać przy garnkach, organizować wszystkiego po pracy. Po prostu odzyskuje się czas dla siebie.
I.K.: To był temat, który wracał od lat. Ostatnio nawet sprawdzałam stare badania zaangażowania pracowników i okazało się, że pierwsze takie głosy pojawiły się już w 2012 roku. Początkowo były to pojedyncze opinie, ale z roku na rok robiło się ich coraz więcej.
Szczególnie wtedy, kiedy okoliczne firmy zaczęły wdrażać podobne rozwiązania. Pracownicy przychodzili i pytali wprost: „A kiedy u nas?”. Więc to nie był benefit wymyślony odgórnie - raczej odpowiedź na realną potrzebę ludzi.
I.K.: Tak, bo u nas z benefitów korzystają różne grupy pracowników. Mamy produkcję i administrację pracującą w Nowej Soli, a do tego jeszcze niewielkie biuro handlowe w Warszawie z pracownikami mobilnymi. Dodatkowo produkcja działa w trybie trzyzmianowym.
A mimo tego zależało nam, żeby każdy miał równy dostęp do benefitu. Pracownicy w Nowej Soli korzystają ze standardowego cateringu SmartLunch, natomiast dla handlowców terenowych wdrożone zostały karty lunchowe. Dzięki temu niezależnie od stanowiska czy charakteru pracy każdy ma dostęp do tego samego rodzaju wsparcia.
I.K.: Duże znaczenie miał aspekt lokalności i doświadczenia. Wiedzieliśmy, że SmartLunch działa już w pobliskich firmach i że te firmy są zadowolone. To dawało poczucie bezpieczeństwa.
To nie było „nowe, niesprawdzone rozwiązanie”. Raczej coś, co widzieliśmy już w praktyce na naszym rynku. Skoro działało u innych, to uznaliśmy, że musi coś za tym stać.
I.K.: Tak, najbardziej martwiliśmy się, jak zgrać dostawy z przerwami. Tak jak wspominałam: produkcja działa na trzy zmiany, administracja ma jeszcze inną godzinę przerwy, więc tych okien dostaw robiło się naprawdę dużo. Do tego dochodził wolumen - zatrudniamy prawie 400 pracowników.
Zastanawialiśmy się nad przyziemnymi kwestiami: czy wszyscy zmieszczą się na stołówce, gdzie będą stały posiłki, czy nie zrobi się tłok, czy ludzie będą umieli znaleźć swoje zamówienia. Były też obawy, co z ilością opakowań i śmieci.
I.K.: Pojechaliśmy zobaczyć, jak wygląda to w jednej z firm w naszej strefie, która już korzystała ze SmartLunch. Chcieliśmy po prostu sprawdzić, czy nasze obawy są realne.
I okazało się, że… właściwie nie ma się czego bać.
A później przyszło wdrożenie i pamiętam, że po pierwszych dwóch dniach wszystkie nasze obawy po prostu zniknęły. Wszystko przyjeżdżało na czas, posiłki były dobrze opisane, ludzie bardzo szybko załapali cały system. Dzisiaj działa to już całkowicie naturalnie.
I.K.: Bardzo dobrze. Była przestrzeń na pytania, rozmowy i rozwiewanie naszych obaw. Pan Maciek, który odpowiadał za wdrożenie, był praktycznie cały czas dostępny - czy mailowo, czy telefonicznie - więc nawet przy najdrobniejszych pytaniach mogliśmy po prostu zadzwonić albo napisać.
Dużym wsparciem była też sama jego obecność podczas startu systemu. Odwiedzał nas na miejscu, siedział z pracownikami na stołówce, pokazywał, jak korzystać z aplikacji i SmartBoxa, pomagał przy wszystkich formalnościach związanych z wdrożeniem. Dzięki temu cały proces przebiegł dużo sprawniej, niż się spodziewaliśmy.
Bardzo docenialiśmy też to, że w całym procesie nie było żadnej presji sprzedażowej. Jeśli na coś nie byliśmy gotowi albo uznawaliśmy, że na ten moment nie ma takiej potrzeby, to nikt tego nie forsował. Później pojawiła się funkcja dedykowanego opiekuna i tutaj ogromną rolę odgrywa pani Agata. Regularnie się odzywa, pyta, czy wszystko działa, informuje o nowych możliwościach i reaguje, kiedy czegoś potrzebujemy. Ale nadal nie ma w tym nachalności - raczej partnerskie podejście i poczucie, że zawsze można się odezwać.
I.K.: Takim absolutnym hitem okazały się ostatnio informacje o kaloryczności i makroskładnikach. Ludzie naprawdę zaczęli na to zwracać uwagę.
Nie każdy dostawca podaje gramaturę posiłku, ale jeśli widzę, że coś ma na przykład 460 kalorii, to mniej więcej wiem, czego się spodziewać i jak zaplanować resztę dnia. Dla wielu osób to jest bardzo pomocne.
Z naszej perspektywy administracyjnej ogromnym ułatwieniem okazała się też opcja zamawiania posiłków dla gości. Wcześniej wyglądało to tak, że trzeba było dzwonić po restauracjach, czekać na menu, ustalać dostawy, później rozliczać faktury… Teraz wszystko mamy w jednym miejscu i działa to naprawdę sprawnie.
I.K.: Przede wszystkim zależało nam na tym, żeby w kwocie dofinansowania każdy był w stanie sobie coś zamówić - nawet jeśli miałaby to być zupa, kanapka czy drożdżówka.
Wiadomo, że czasy się zmieniają i ceny też rosną, ale nadal ważne było dla nas to, żeby pracownik nie miał poczucia, że musi koniecznie dopłacać z własnej kieszeni.
Bo nawet jeśli ktoś mówi: „mam obiad w domu” albo po prostu nie chce wydawać więcej pieniędzy, to nadal może wykorzystać swoje dofinansowanie i zamówić coś małego. I myślę, że to też ma znaczenie.
I.K.: Zdecydowanie. Z jednej strony jedzenie stało się po prostu tematem rozmów. Ja sama zawsze patrzę, co zamówili inni. (śmiech). I działa trochę taki „system poleceń”. Jak ktoś zamówi coś dobrego i powie, że warto spróbować, to następnego dnia kilka osób bierze dokładnie to samo.
Ale z drugiej strony bardzo fajnie wpłynęło to też na wspólne jedzenie. Na początku próbowaliśmy wprowadzić zasadę, że wszyscy spotykamy się o konkretnej godzinie na stołówce. Oczywiście życie później to trochę zweryfikowało, ale do dziś są grupy pracowników, które regularnie jedzą razem.
I co ważne - naprawdę rzadko widzi się u nas kogoś jedzącego samotnie.
I.K.: Tak, myślę, że tak. Ale z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma czasu usiąść spokojnie na lunch, bo akurat ma intensywny dzień, to i tak ma ten posiłek pod ręką. Ta elastyczność, o której mówiłam na początku, znowu wraca.
Ale oczywiście są też zespoły, które świadomie traktują wspólny lunch jako moment integracji. Jeden z działów ustalił sobie na przykład, że przynajmniej raz w tygodniu jedzą razem. I to jest bardzo fajne.
Myślę też, że to ważne w przypadku praktykantów, którzy pojawiają się u nas w firmie. Nie zostawiamy ich samych, kiedy wszyscy idą na lunch, tylko normalnie mają dostęp do SmartLuncha. To też jest jakiś element integracji i zadbania, żeby każdy miał pełnowartościowy posiłek w pracy.
I.K.: Tak i to chyba najlepiej pokazuje, że to nie był chwilowy efekt nowości.
My tego może nie mierzymy jakimiś rozbudowanymi badaniami, ale po prostu widzimy, że ten benefit cały czas żyje. Średnio korzysta z niego około 90% pracowników, więc to bardzo dużo. Mamy też około 5 tysięcy zamówień miesięcznie.
I widać, że ludzie realnie tego używają, a nie tylko „mają dostęp”.
Myślę też, że to ma znaczenie rekrutacyjne. Kandydaci coraz częściej pytają o takie rzeczy i zwracają uwagę na codzienny komfort pracy, a nie tylko standardowe benefity.
I.K.: Że jeśli firma ma przestrzeń organizacyjną i budżetową, żeby to wdrożyć, to naprawdę nie ma się nad czym długo zastanawiać.
To jest benefit bardzo uniwersalny i przede wszystkim realnie wykorzystywany. W przeciwieństwie do wielu dodatków, które są już trochę „oczywiste”, jak opieka medyczna czy ubezpieczenie.
Powiem szczerze - gdybym sama zmieniała kiedyś pracę, to obecność benefitu żywieniowego byłaby dla mnie bardzo ważna. Trudno mi sobie wyobrazić powrót do codziennego gotowania i organizowania wszystkiego od zera.
O firmie JOST:
Jesteśmy producentem systemów, modułów i komponentów do pojazdów użytkowych z ponad 70‑letnim doświadczeniem w branży. Tworzymy systemy o kluczowym znaczeniu, które zwiększają efektywność i bezpieczeństwo transportu. Specjalizujemy się w produkcji siodeł sprzęgających, osi do naczep oraz dyszli, rozwijając je w nowoczesne rozwiązania automatyzujące i wspierające codzienną pracę. Łączymy elastyczność z wiedzą techniczną, zdobywając uznanie klientów na całym świecie. Nasz sukces opiera się na ludziach – ich zaangażowaniu i chęci rozwoju, w duchu wartości JOST.